//////

Być liderem

PRZERZUTKI

  • No-  pomyślałem sobie ładne kwiatki, jak ojciec to zobaczy,’ jak się dowie, .że ten niesprawny rower kosztował-tyle pieniędzy… Minęło kilka dni zanim poznałem mechanizm’działa­nia przerzutki  źródło moich, ówczesnych zmartwień i niepokoju.’Ale ojciec i tak patrzył z dezaprobatą na „Favorita”. Nie . podobały mu się’ cieniutkie dętki- ; i-niewiele grubsza rama. „Na tym nawet nie doje- dziesz do sklepu” —mówił.’ „Kiedy ty będziesz miał czas na nim jeździć? Kiedy i gdzie?” A jednak jeździłem. Z’ kieszeniami wypchanymi; ; łatkami, klejem „Skorolep”, z duszą na ramieniu, by. te cienkie gumy nie pękały’zbyt często.

PO ZAJĘCIACH NA TRENINGI

Wiosną kompania wyjechała na poligon. Miałem szczęście. Za zgodą dowódcy kompanii zabrałem z sobą rower. Po zajęciach jeździłem na treningi. Pew­nego dnia spotkałem na szosie trenującego kolarza. Jeździł w „Radomiaku”. Po kilku dniach pojechałem’ do klubu, gdzie spotkałem trenera Ryszarda. Swata., Spojrzał na mnie, powiedział, że w niedzielę jest wyścig w Skarżysku, ze będzie czekał. Czekał na mecie, na stromym podjeździe, a ja byłem w czołówce. Ryszard Swat zapisał mnie do  klubu. Dostałem pierw­szego w życiu białego „Jaguara’’. Zostałem kolarzem- „pełną gębą”. Spełniło się to, o czym zawsze marzyłem, o czym nieśmiało powiedziałem kiedyś nauczycielowi w drugiej klasie. Na pytanie „kim’chcesz zo­stać?” — Odpowiedziałem — kolarzem. W tamtym stwierdzeniu pśmioletniego-brzdąca wszystko oparte było na marzeniach. Po dziesięciu latach marzenia zaczęły się urzeczywistniać, dzięki ogromnemu uporowi.

UPARTY I TWARDY

Nie zrażałem się ani tym, że właściwie w rodzin­nych stronach nie było żadnych szans, bym mógł zo­stać kolarzem, ani tym, że będąc w wojsku przez pół roku nie jeździłem w ogóle na rowerze. Zastanawiałem się wielokrotnie, co właściwie pchało mnie do tej dyscypliny, sportu, dlaczego zaraziłem się- kolar­stwem, choć przez kilka lat było ono dla mnie-zni- . kającym na horyzdncie piinktem? Uparty i twardy byłem zawsze, ale żeby aż do tego stopnia? Tak jak kiedyś , w szkole powiedziałem, że będę ko­larzem, tak później w.wojsku postanowiłem, że będę startował.w Wyścigu’Pokoju. Założyłem się nawet a to z jednym z kolegów, bo dosyć-już miałem ciągłych pytań, po co jeżdżę,- po co trenuję,-kiedy i tak nic z. tego.nie będzie. Nie zrażałem się niczym i gdy już mogłem trenować, gdy pokonywałem .’kilometr  w czasie minuty i osiemnastu sekund, wiedziałem, że \ coś z tego będzie, czułem, że te wszystkie przejeżdżane kilometry nie mogą pójść na marne.

START W WIELU LOKALNYCH WYŚCIGACH

Pobyt na poliganie urozmaicałem startami w .wielu lokalnych  wyścigach. Zakwalifikowałem się do reprezentacji województwa kieleckiego,  brałem udział w ogólnopolskiej spartakiadzie. Dostałem dresy, spodenki, koszulkę. Wszyscy oczekiwali od nas sukcesu, byli mili  i sympatyczni. Kiedy jednak wycofałem się na sześćdziesiątym kilometrze, po prostu zabrakło mi sił, działacze zabrali wszystko to, co dali przed startem, a co dla mnie — stojącego dopiero u progu sportowej przygody — znaczyło więcej niż kawałek ‚materiału. Na mecie przyszedł pierwszy działacz i-zabrał mi koszulkę, po nim następny upomniał się o . dres, jeszcze inny o spodenki. Zostały mi tylko buty i mocne postanowienie, by rozstać się z tymi ludźmi i pójść powrocie do cywila,, poszukać klubu w najbliższym sąsiedztwie.

WIERNY KIBIC

Brat mój, wierny kibic, zbierający wycinki z kieleckich gazet, w których czasami pisano o moich sukcesach, namawiał mnie bym przyjechał do Wrocławia, może tu w jednym z licznych klubów zainteresują się mną dadzą i sprzęt, pracę, miejsce w hotelu robotniczym.O tym, że przez tyle lat ścigałem się we wrocławskim „Dolmelu znów zadecydował przypadek. Po prostu w książce ‚ telefonicznej w rubryce „kluby sportowe”, „Dolmel” figurował na pierwszym miej* scu. Kazali przyjechać. Dali rower, którego przeka­zanie nastąpiło po kilku dniach na Placu l-go-Maja* Trener Ryszard Swat porozumiał się z trenerem Mie­czysławem. Żelaznowskim, udzielając mi rekomendacji. 5 stycznia 1968 roku. ojcowskie pożegnanie ,w rodzinnym Swiebódowie nie było długie ani zbyt wylewne.

NIEZŁY WYCISK

Rozpoczęły się prawdziwe treningi. Dostawałem  „w kość”, i wszystko to, o czym kiedyś’myślałem, wydawało mi się .jeszcze bardziej odległe. Pierwszy wyścig przełajowy. Leżałem na każdym zakręcie. Poobijany za każdym razem dojeżdżałem do czołówki, ale krótko cieszyłem się tym, że jadę z najlepszy­mi. Tylko do następnego zakrętu, a potem, znów upadek i mozolne odrabianie strat. Patrzyli na mnie z niedowierzaniem, a ja, po tych pierwszych licznych , upadkach, miałem coraz mniejszą ochotę na kontakt z twardym podłożem. Na ostatnim okrążeniu uciekłem i wygrałem wyścig z przewagą kilkunastu sekund. W. pobitym polu znalazły , się klubowe sławy, mistrz okręgu Rzepka i Macyszyn. Nagrodą za zwy­cięstwo były dwie gumy, nie tyle do jeżdżenia, ile do spieniężenia.

W GRONIE NAJLEPSZYCH

Pd powrocie do kraju potrafiłem w różnych imprezach dojechać do mety w gronie najlepszych. W lipcu kolejny start — wyścig dookoła Jugosławii. Trudny wyścig, górski, rozgrywany w. upale, w któ­rym warunki dyktowali zawodnicy dobrze znani w kolarskim światku! Szwed Gosta Pettetsson, Holen­der Joop Zoetemelk. Na jednym etapie straciłem ponad siedem minut, głównie na’zjazdach, nie wiedząc , jeszcze, że wjadąc w dół można stracić tyle samo albo i więcej, co podczas długiej wspinaczki. Byłem w tym wyścigu znów najlepszy’ z naszej drużyny, piętnaste miejsce było w tym okresie znakomite, przynajmniej -tak uważałem, pamiętając jednocześnie o.tym że na – każdym etapie wzrastał.

CZĘSTE PYTANIE

Często, zadawano mi pytanie, jakie miejsce w mo­jej sportowej karierze zajmuje . Wyścig Pokoju. Patrząc tylko na osiągnięcia, należałoby stwierdzić, że była to dla mnie zawsze pierwszoplanowa-impreza. Przecież dzięki tym zwycięstwom zyskałem dużą populamość, przede wszystkim w, Polsce, w NRD,Czechosłowacji, ale także w całej Europie. Oczywiście zwycięstwa w, „Course de la Paix”, zwłaszcza jeśli odnosi się je czterokrotnie, mają olbrzymią wymowę.  Jednocześnie jest to impreza,-która jak żadna-inna’ ;męczy psychicznie. Bardzo łatwo jest w niej uczestniczyć, zajmując dalekie miejsca, nie włączając się do walki’najlepszych. Nie ma drugiego wyścigu na świecie,który byłby tak znakomicie zorganizowany.-Kolarz nie musi o niczym myśleć. Jest dowożony na start, mieszka w bardzo dobrych- hotelach, po każdy etapie bagaż czeka na niego w pokoju, nie ma właś­ćiwie żadnych problemów poza’dobrą jazdą’. I może właśnie dlatego, że zawsze startowałem w tym wyścigu z postanowieniem odegrania wiodącej roli, przez cały czas jego trwania byłem dziwnie spięty, a to zdenerwowanie starałem się zawsze skrzętnie kryć. Mija jednak Wyścig Pokoju i trzeba się było’wyładować.